Wiersze znanych

Konopnicka Maria Z głębiny cichych zam...


... Z głębiny cichych zamyśleń się duszy
Wznoszą się coraz świeże fale życia,
Jak z spokojnego głębin Oceanu...
A kiedy wichr je zachłosta i ruszy,
Pełne się stają szumu, huku, bicia,
Aż się ukoją, u stóp ległszy Panu.

Na falach czasu unosi się dusza
I widzi w falach swój obraz odbity;
I widzi słońca swoje i błękity,
I ukochaniem obrazu się wzrusza
I mówi: Otom ja!

Lecz gdy czas minie, unosić się będzie
Na wiekuistej i bezkresnej fali...
I ujrzy, jak się wieczne światło pali
I jak wypełnia bezmiar po krawędzie,
Jak płonie nad nią, w niej, jak płonie wszędzie,
W najbliższej tajni - i w najdalszej dali.

I stanie się w niej cud i dziw się stanie...
I wpadnie dusza w światła zamyślenie;
Lecz już me wyda zmiennej fali życia,
Tylko się stopi w wieczności promienie
I zmiennych słońc swych stopi w nich odbicia,
A głos jej światłem buchnie przez otchłanie,
Wołając: Otom ja!
więcej

Kasprowicz Jan Hej, odłogiem leży na...

Hej, odłogiem leży nasza rola,
Choć są ziarna, nie ma rąk do siania,
Twardą będzie dzieci naszych dola,
Twardą będzie, pełną krwi i łkania,
Gdyż odłogiem leży nasza rola,
Choć są ziarna, nie ma rąk do siania.

Na sąsiednich zagonach dokoła
Tak się tłumnie roi lud roboczy,
Kraje bruzdy, choć pot ciecze z czoła,
Piele zielsko, choć zachodzą oczy,
Na sąsiednich zagonach dokoła
Tak się tłumnie roi lud roboczy.

My na miedzy, co dzieli dwa łany,
Nasz i obcy, w wierzb płaczących cieni,
Zapadliśmy snadź w sen nieprzespany,
Usnęliśmy, snadź rychło znużeni,
Na tej miedzy, co dzieli dwa łany,
Nasz i obcy, w wierzb płaczących cieni.

Wicher ku nam od mogił zawiewa
I jak złodziej do wnętrza się wciska,
Myśl podcina, że już nie dojrzewa,
Studzi zapał, tak że już nie błyska,
Ach! ten wicher, że ku nam zawiewa
Od tych mogił i w wnętrze się wciska!

Prawda, ludzi chodzących w żałobach
Trudno winić, że cmentarz ich życiem,
że szelesty poczęte na grobach
Są ich marzeń serdecznych spowiciem,
Prawda, ludzi chodzących w żałobach
Trudno winić, że cmentarz ich życiem.

Lecz grób smutkiem, smutek to bezczynność,
A czas płynie i żniwo się zbliża,
Hej, ubiegnie sąsiadów nas zwinność
I plon zniesie do swego spichlerza.
Nas zagłodzi ta smutku bezczynność,
Gdy czas płynie i żniwo się zbliża.

Ach! odłogiem leży nasza rola,
Choć są ziarna, nie ma rąk do siania,
Twardą będzie dzieci naszych dola,
Twardą będzie, pełną krwi i łkania,
Gdyż odłogiem leży nasza rola,
Choć są ziarna, nie ma rąk do siania.

więcej

Kasprowicz Jan Księga ubogich

VI



O starowierne melodie!
O bogomodlne organy!
Słucham was dzisiaj, jak dawniej,
Do głębi rozmiłowany.

Przychodzę pod zrąb sczerniały
Modrzewiowego kościoła
I słucham, jak głos mnie odwieczny
Do wielkich wyznań woła.

Przytuleń do lipy stuletniej,
Oszołomiony jej wonią,
Ulegam świętym urokom,
Co w pieśni organnej dzwonią.

Zda mi się, że w jej potędze
Odzywa grom się znowu,
Gdy Twórca nadawał kształty
Swemu płodnemu Słowu.

Ze w tych przycichłych akordach -
O jakżeż czekam ja na nie! -
Odzywa się Jego serdeczne
Tych kształtów umiłowanie.

Czuję, zagubień w przedwieczu,
Jak dusza się moja przemienia,
Jaka ją żądza porywa,
Jakie ją wznoszą pragnienia.

Z gliny, rzuconej mym rękom,
Chciałbym ulepić dzieło,
Co serce by miało organne,
Co z Niego początek wzięło.

Wiem: nie dorówna ci ono
Prawdzie Pierwszego Mistrza,
Ale odbijać ją będzie
Jak niebo woda najczystsza.

Chciałbym, ażeby się miłość
Spełniała w tworzącej duszy,
By oczy jej były otwarte
I zawsze otwarte uszy.

Wiem: nie dorówna ci ona
Jego wszechwidnej miłości,
Ale ku źródłu swojemu
Iść będzie jakonajprościej.

I oto, gdy w wiejskim kościele
Organy brzmią rozmodlone,
Ja z jarzmem tych pragnień moich
W Jego wędruję stronę.

Przytuleń do lipy stuletniej,
Na łany spieszę, nad zdroje,
Z pól Jego zbieram materiał
Na czyn mój, na dzieło moje.

Czasem mnie kłos zastanowi,
Najpłońsza zatrzyma trawa,
Lub fali jeziornej dalekie
Wspomnienie w poprzek mi stawa.

I wówczas mi się wydaje -
O dumo, idąca z Boga! -
że miłość moja tak wielka,
Jak wkrąg ta ziemia droga...

O starowierne melodie!
O bogomodlne organy!
Słucham was dzisiaj, jak dawniej,
Do głębi rozmiłowany...
więcej

Kasprowicz Jan Z legend o Janosiku

II. Janosik i kupcy


Idą takie czasy
Różnymi drogami,
Kiedy się zrównają
Góry z dolinami.

Bierze Janik wody,
Bez kładki i mostka,
Z nim razem Baczyński
I Napierski Kostka.

Lotem przeskakują
Jak płomyki skrawe
I wierszyk, i przełęcz,
I staw, i siklawę.

Tak szli rozmyślając,
Jakby też najprędzej
Można świat góralski
Wyrwać z jego nędzy.

I co by uczynić,
By wnet zapomniały
Kozice, co znaczą
Sent-iwańskie strzały.

Tak idąc, swej myśli
Całkiem zaprzedani,
Odrębują sople
Od skalistych grani.

Lód się rozpryskuje,
Słońce przebłyskuje,
Czują radość w sercu
Harnasiowe zbóje.

Tak idąc, tak pędząc
Wśród skoków, hołubców
Napotkali w drodze
Miszkułacklch kupców.

Miszkułackie kupcy
Nawyknieniem starem
Wyruszyli w drogę
Z kosztownym towarem.

W beczkach drogie wino
Wiozą do Krakowa,
W kufrach się niejeden
Altembasik chowa.

Jedwab na żupany,
Atlas na kontusze,
Twarde złotogłowia
I mięciutkle plusze.

"Jakżeż to być może -
Janosik zawoła -
By taka nierówność
Władnęia dokoła.

Hejże, hej, powiadam,
Jakżeż to być może,
By ten chodził nago,
A tamten w bislorze.

Niech chodzi, niech chodzi,
Jak mu się podoba,
Jedno niech ma portki
Góralska osoba.

Miszkułackie kupcy -
Tak do kupców powie -
Ja pójdę wasz towar
Rozprzedać w Krakowie.

Wam, panowie kupcy,
Zostać tu wypada,
Od luf sent-iwańskich
Chronić kozic stada.

Jest ich tutaj pełno
Na Hrubym, Krywaniu,
Lubią na tym skalnym
Legiwać posłaniu."

Co rzekł, to uczynić
Było mu drobnostką:
Pomknął do Krakowa
Z Baczyńskim i Kostka.

Towar pośród mieszczan
Sprzedał należycie
I zakupił wełny
Na chłopskie okrycie.

"Widzę beczki wina,
Zacne to napoje,
Rad bym pokosztować,
Ale to nie moje."

Po niejakim czasie
Powrócił z podróży
Do Ciemnych Smereczyn,
Pod krzak dzikiej róży.

Miszkułackich kupców
Zawezwał do siebie,
Obliczył się jasno
Jak słońce na niebie;

"Za tom nabył płótna,
Za tom kupił wełny,
Macie tu, kupcowie,
Mój rachunek pełny.

Coś z tego rachunku
I wam się należy,
Jako żeście dobrze
Strzegli moich zwierzy.

A to wam za drogę,
To mnie za fatygę:
Nikogo nie golę,
Nikogo nie strzygę.

Rozdam między biednych
To swoje groslwo
I zbuduję w Dębnie
Kościół, istne dziwo.

Warn się tutaj żadna
Krzywda, snadź, nie stała,
A już wasza dusza
Będzie bardziej biała."

Z takich obrachunków
Kupcy byli radzi:
Takiego zbójnika
Spotkać nie zawadzi.

Ida takie czasy
Różnymi drogami,
Kiedy się zrównają
Góry z dolinami.
więcej
Jak prawie wszystkie strony internetowe również i nasza korzysta z plików cookie. Zapoznaj się z regulaminem, aby dowiedzieć się więcej. Akceptuję