Wiersze znanych

Kofta Jonasz Gdzie jesteś?

Gdybym mógł to przeżyć jeszcze raz, od nowa
Nie mogłam zostać, to zbyt szybko przyszło
Nie powiedziała ani słowa
Tak mało było czasu do namysłu
Miała rację, ale tak się nie odchodzi
Nie mogłam, nie mogłam inaczej
Widać nigdy mnie naprawdę nie kochała
Nic nie zrobił, żebym mogła wybaczyć

Gdzie jesteś?
gdzie jesteś?
Czy spotkam cię kiedyś?
Czy droga ma przetnie się z twoją?
Idziemy ku sobie
Idziemy od siebie
Tęsknoty się dwoją i troją
Gdzie jesteś?
Gdzie jesteś?
Daleko odeszłaś
Daleko odszedłeś ode mnie
Idziemy ku sobie
Idziemy od siebie
Nie wiemy, czy nie nadaremnie

Powinienem pobiec za nią w dół po schodac
Dalczego nie zostałam mimo wszystko
Jak mogła odejść tak bez słowa
Tak mało było czasu do namysłu
Przecież wie, że jest jedyną, którą kocham
Czy mogłam, czy mogłam inaczej
Gdyby można zacząć jeszcze raz, od nowa
Gdyby można było wszystko wytłumaczyć
więcej

Kasprowicz Jan Księga ubogich

XXXI

Pożółkły znużone pola,
Niebiosa coraz to bledsze,
żądnymi piersiami chłonę
Ciche, jesienne powietrze.

Rozglądam się naokoło -
Niebujnie tu, niebogato,
A przecież mi nie żal dzisiaj,
że się prześniło lato.

W tej pustce, w tym wyczerpaniu,
Które mi w oczach rośnie,
To samo odczuwam życie,
Jak w pełnej, kwitnącej wiośnie.

Przystaję na długiej miedzy,
Ku rżyskom nakłaniam lica,
Z powiędłych kępek ta sama
Wyziera mi tajemnica...

Mgły jakieś nieuchwytne
Las osnuwają bury,
Nieśmiało migocą w słońcu
Śniegiem pokryte góry.

Urocza, smętna martwota,
Zda się, iż śmierć jest gdzieś bliska,
Na pochyłościach wierchu
Jesienne dymią ogniska.

Nieletni, wątły pastuszek
Okiem mnie wita lękliwie -
Jeszcze się bydło pasie
Na tej wychudłej niwie.

Jeszcze jest jakaś czerstwość
Na niwie tej wypalonej -
Z wrzaskiem niesamowitym
W krąg się zwołują wrony.

Gdzieś lecą, gdzieś giną w dali,
Wzięły ze sobą zmorę -
Garść pełną zoranej gleby
Do chciwej ręki biorę.

Upajam się jej zapachem,
I dzisiaj tak samo on świeży -
O rodzicielko żywota,
O święta, płodna Macierzy!

O skarbie ty mój najdroższy,
Rozstać się z tobą nie mogę -
Zielone jeszcze sitowie
Z uśmiechem zaszło mi drogę.

Na gruzem zasłanej miedzy
Jałowiec krzewi się młody,
Dziś barwy mu odmieniły
Fijoletowe jagody.

Skąpo się fala toczy
Potokiem, co wysechł w lecie,
Spomiędzy chwastów nad brzegiem
Samotne żółcieje kwiecie.

Ostatnie to już - zapewne!
O innych nie usłyszycie,
Lecz ja w tej pustce dzisiejszej
To samo odczuwam życie.

W tym wyczerpaniu, co dzisiaj
Świat tak cudownie mroczy,
Ta sama wszak tajemnica
Dziwem otwiera mi oczy.

Powiędły, przymarły pola,
Niebiosa coraz to bledsze,
żądnymi piersiami chłonę
Ciche, jesienne powietrze.
więcej

Kasprowicz Jan Z legend o Janosiku

II. Janosik i kupcy


Idą takie czasy
Różnymi drogami,
Kiedy się zrównają
Góry z dolinami.

Bierze Janik wody,
Bez kładki i mostka,
Z nim razem Baczyński
I Napierski Kostka.

Lotem przeskakują
Jak płomyki skrawe
I wierszyk, i przełęcz,
I staw, i siklawę.

Tak szli rozmyślając,
Jakby też najprędzej
Można świat góralski
Wyrwać z jego nędzy.

I co by uczynić,
By wnet zapomniały
Kozice, co znaczą
Sent-iwańskie strzały.

Tak idąc, swej myśli
Całkiem zaprzedani,
Odrębują sople
Od skalistych grani.

Lód się rozpryskuje,
Słońce przebłyskuje,
Czują radość w sercu
Harnasiowe zbóje.

Tak idąc, tak pędząc
Wśród skoków, hołubców
Napotkali w drodze
Miszkułacklch kupców.

Miszkułackie kupcy
Nawyknieniem starem
Wyruszyli w drogę
Z kosztownym towarem.

W beczkach drogie wino
Wiozą do Krakowa,
W kufrach się niejeden
Altembasik chowa.

Jedwab na żupany,
Atlas na kontusze,
Twarde złotogłowia
I mięciutkle plusze.

"Jakżeż to być może -
Janosik zawoła -
By taka nierówność
Władnęia dokoła.

Hejże, hej, powiadam,
Jakżeż to być może,
By ten chodził nago,
A tamten w bislorze.

Niech chodzi, niech chodzi,
Jak mu się podoba,
Jedno niech ma portki
Góralska osoba.

Miszkułackie kupcy -
Tak do kupców powie -
Ja pójdę wasz towar
Rozprzedać w Krakowie.

Wam, panowie kupcy,
Zostać tu wypada,
Od luf sent-iwańskich
Chronić kozic stada.

Jest ich tutaj pełno
Na Hrubym, Krywaniu,
Lubią na tym skalnym
Legiwać posłaniu."

Co rzekł, to uczynić
Było mu drobnostką:
Pomknął do Krakowa
Z Baczyńskim i Kostka.

Towar pośród mieszczan
Sprzedał należycie
I zakupił wełny
Na chłopskie okrycie.

"Widzę beczki wina,
Zacne to napoje,
Rad bym pokosztować,
Ale to nie moje."

Po niejakim czasie
Powrócił z podróży
Do Ciemnych Smereczyn,
Pod krzak dzikiej róży.

Miszkułackich kupców
Zawezwał do siebie,
Obliczył się jasno
Jak słońce na niebie;

"Za tom nabył płótna,
Za tom kupił wełny,
Macie tu, kupcowie,
Mój rachunek pełny.

Coś z tego rachunku
I wam się należy,
Jako żeście dobrze
Strzegli moich zwierzy.

A to wam za drogę,
To mnie za fatygę:
Nikogo nie golę,
Nikogo nie strzygę.

Rozdam między biednych
To swoje groslwo
I zbuduję w Dębnie
Kościół, istne dziwo.

Warn się tutaj żadna
Krzywda, snadź, nie stała,
A już wasza dusza
Będzie bardziej biała."

Z takich obrachunków
Kupcy byli radzi:
Takiego zbójnika
Spotkać nie zawadzi.

Ida takie czasy
Różnymi drogami,
Kiedy się zrównają
Góry z dolinami.
więcej

Kochanowski Jan Do paniej

Imię twe, Pani, które rad mianuję,
Najdziesz w mych rymiech często napisane.
A kiedy będzie od ludzi czytane,
Masz przed inszemi, jeśli ja co czuję.
Bych cię z drogiego marmuru postawił,
Bych cię dał ulać i z szczerego złota

(czego uroda i twa godna cnota),
Jeszcze bych cię czci trwałej nie nabawił.
I mauzolea i egipskie grody
Ostatniej śmierci próżne być nie mogą;
Albo je ogień, albo nagłe wody,
Albo je lata zazdrościwe zmogą:
Sława z dowcipu sama wiecznie stoi,
Ta gwałtu nie zna, ta się lat nie boi.
więcej
Jak prawie wszystkie strony internetowe również i nasza korzysta z plików cookie. Zapoznaj się z regulaminem, aby dowiedzieć się więcej. Akceptuję