Gregory Corso

Gregory
Corso

1930-03-26 - 2001-01-17

Lista wierszy O autorze

Corso Gregory Na Akropolu

Na Akropolu siedziałem ja krótkotrwały
Wśród Czasu nieubłaganie kruszącego kamień,
Słyszałem jak przeszyty Październik zakrzyknął
Gdy Cztery Wiatry rozrzuciły z hukiem
Płatki skamieniałego śniegu.
Widziałem spowitą w białe płótno Nike
Zwiniętą jak zwierzę kopalne
- Jej powiewną szatę, rozwiązany sandał,
Zachód słońca ogrzewał stogi siana;
Rozpostarła się szata ziemi,
A Kariatydy stały w powietrzu
Podtrzymując niebo,
Wokół nich jutrznia i bursztyn,
Jak jedwabiste trąbki walczące o przewagę.

Jak bogaty w sen o miłości
Tam byłem, O wysokie miasto!
Dumny i pyszny, że właśnie ja,
Zaledwie młodzieniec
Mogłem nakryć stół dla Zeusa -
Obrus, zastawę srebrną i pokarm
Położono na stalowym stole
W małej izbie.
A teraz siedziałem w bezmiernej twej ekspansji w czasie
Dziękując Bullfinchowi i Will Durantowi
Ich Atenie i Siedzącej Demeter,
I wszystkim dawcom snów
że Olimp to nie miejsce
Gdzie młodzież tylko usługuje
A w starości nie siada za stołem.

Noc była odpowiednia!
Włączono chyba wszystkie wtyczki nieba
Noc była czarna i biała -
A księżyc jak pierś kobiety
Karmił Partenon do syta.
Szybko krążyłem wśród filarów
Jak duch wijący się w przód i w tył,
Szczęśliwy tygrys Sambo, magnes trzymany przez niebo -

Bez tchu stałem w kolumnę zmieniony przez księżyc,
Słuchając lamentu Sofoklesa w dole.
Teatr się świecił! A chór zawodził -
Widma! Widma w dwu szarych rzędach
Kiwające się w przód i w tył i wbiegające
By pochwycić coś i uciec; to cofające się znów,
Bełkoczące i sylabizujące prastarą skargę
- To wszystko z młodych płuc na parterze.
z twarzą wciśniętą w filar płakałem
Płakałem za mym cieniem tym wiernym strażnikiem
Rozpryśniętym na najpiękniejszej posadzce świata.
więcej

Corso Gregory Pisane na stopniach por...

Prawda ogranicza człowieka
Prawda nie da mu pójść dalej
Świat się zmienia
Kwiat w i e że się zmienia
Ciężki jest smutek dnia
Starzy mają wzrok potępionych
Młodzi mylnie odczytują swój los w tym wzroku
Oto prawda
Lecz nie c a ł a prawda
życie coś znaczy
Lecz ja nie znam tego znaczenia
Nawet gdy czułem że może być bez sensu
Ufałem i szukałem jakiegoś sensu
To nie była zabawa w poezję
Tam były długi do płacenia
Wzywając Śmierć i Boga
Miałem śmiałość o Nich mówić
Śmierć bez życia nie miała znaczenia
Tak świat się zmienia
Lecz Śmierć jest ta sama
Usuwa człowieka z życia
Jedynego sensu który zna
I zwykle to smutna sprawa

Śmierć
Byłem niewinny Byłem poważny
Humor ratował mnie od amatorstwa w filozofii
Mogę zaprzeczyć swym przekonaniom
Mogę mogę

Ponieważ chcę znać sens wszystkiego
Lecz siedzę jak pokonany
Jęcząc: Och, jakąż odpowiedzialnością
Obarczyłem ciebie, Gregory
Śmiercią i Bogiem
Ciężko jak ciężko

Nauczyłem się - życie to nie sen
Nauczyłem się - prawda oszukuje
Człowiek to nie Bóg
życie trwa stulecie
Śmierć chwilę
więcej

Corso Gregory Uccello

Oni nigdy nie umrą na tym polu bitwy
ani cień wilków czyhających, na łup wojenny nie zagarnie
ich skarbów jak oblubienic spod wszelkich horyzontów
Nie będzie zmarłych, by ścisnąć ich puste brzuchy
ani stert sztywnych koni by krwią spryskać ich, lśniące oczy
lub przyspieszyć pożeranie zmarłych
Oni woleliby dąsać się oszalałymi z głodu językami
niż uwierzyć że na tym polu nikt nie umrze
Oni nigdy nie umrą walczą tak objęci
oddech przy oddechu oko obok oka nie można umrzeć
ani drgnąć blask się nie sączy ramię bez maczugi
tylko koń dyszący obok konia tarcza błyszczy
przy tarczy promienna błyskiem ska spod hełmu
ach jak trudno wpaść między te splecione lance
I te chorągwie ! gniewne lśniące godłami w poprzek
wytartego nieba
Myślałbyś że namaluje armie na rzek mroźnych brzegu
rzędy żelaznych czaszek błyskających w mroku
Myślałbyś że tu Dukt nie umrze
usta wszystkich rycerzy są jak zamek pieśni
każda żelazna pięść senny gong cep dzwoniący o cep
jak szczęk złota

o, jak bym chciał się znaleźć w takiej właśnie bitwie !
srebrny człowiek na czarnym koniu z czerwonym sztandarem
i pasiastą
lancą nigdy nie umrze lecz wiecznie trwać będzie
jak złoty książę malowanej wojny
więcej

Corso Gregory W ulotnej ręce czasu

Na stopniach lśniącego domu wariatów
słyszę jak sędziwy dzwon wstrząsa leśną polaną,
żałobny dzwon mego świata
Wspinam się i wchodzę na burzliwe zebranie rycerzy
którzy nie wiedząc o mnie rozłożyli mapy z pergaminu
i palcami w kolczudze tropią moje przyjście
wstecz wstecz wstecz gdy na czarnych stopniach
Rzymu - liry Nerona - stałem
a w mych ramionach płaczący filozof -
ostatni krzyk szalonej historii
Teraz wiedzą o mej obecności
me przyjście oświetlone znakami
Wielkie okna Raju otwarte
W lśniący pył spadają zasłony Przeszłości
W chmurach różnobarwnych ptaków
Światło skrzydlate światło O cudzie światła
Czas mnie bierze za rękę
i prowadzi urodzonego 2ó marca 1930 z szybkością 100 mil/godz.
ponad targowiskiem wyboru
co wybrać ? co wybrać
Och - opuszczam pomarańczowy pokój mitu
nie mogę zamknąć zabawek Zeusa
Wybieram pokój na ulicy Bleecker
Dziecinna matka karmi mnie białą mediolańską piersią
ja ssę walczę i krzyczę Olimpijska matko
nie znam tej piersi
Śnieg pada
Dziesiątki koni skazanych na oblodzony asfalt
Nędzne sny Czarne korytarze szkoły Nr 42 Dachy
Gruchające gołębie
Prowadzany z szybkością 100 mil/godz. ponad tymi ulicami mafii
świętokradczo zrzucam skrzydła Hermesa
O Czasie bądź litościwy
strąć mnie poniżej tłumu aut
nakarm inną szare drapacze chmur
wyczerp me serce twymi mostami
Odrzucam mą lirę Orfickiej daremności
I wskutek tej zdrady wspinam się po lśniących szalonych stopniach
i wchodzę do pokoju o rajskim świetle
ulotny
Czasie
długi długi długi pies goniący za swym ogonem
chwyta mnie za rękę
wprowadza w warunkowe życie
więcej
  • Poprzednia
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Jak prawie wszystkie strony internetowe również i nasza korzysta z plików cookie. Zapoznaj się z regulaminem, aby dowiedzieć się więcej. Akceptuję