Kazimierz Wierzyński

Kazimierz
Wierzyński

1894-08-27 - 1969-02-13

Lista wierszy O autorze

Wierzyński Kazimierz Ballada o Kartaginie


To było w erze marek
i atlasów,
Pierwszej radości i pierwszego żalu,
Kiedym w różowej mgle zamierzchłych czasów
Kochał się w tobie, biedny Hannibalu.

Gimnazjum stało w Syrii czy w Atenach,
A ja nocami, w smutnej twojej glorii,
Grywałem główne role w wszystkich scenach
Śpiącej pod głową powszechnej historii.

Te śmieszne lata, gdym indyjskie skalpy
Zdobywał w złotych preriach drohobyckich,
Tyś wziął i poprzez Hiszpanię i Alpy
Zaniósł w balladę trzech wojen punickich.

Ach, ile czaru miało twoje imię,
Dydo, królowo fenickiej fregaty!
W świętych wyprawach mściłem się na Rzymie
I źle pisałem łacińskie dyktaty.

Wklejony w notes, jak talizman walki,
Ślepy, bez źrenic portret Hazdrubala,
Dziś mi się jeszcze przez mgłę sinej kalki
Czasem wśród wspomnień pokazuje z dala.

Finał był smutny! Na pustej ruinie
Historia inne rozpoczęła czasy.
Epilog scen mych zgubił się w kurtynie
I rolę swoją skończyły atlasy.

Gimnazjum przeszło, prześniło się dawno,
Dziś nikt nie cieszy się z końca godziny,
Wojny punickie są bajką zabawną
I już na zawsze nie ma Kartaginy.
więcej

Wierzyński Kazimierz Barbakan warszawski



Sławie imienia Stejana Starzynskiego,
budowniczego i obrońcy Warszawy,
bohatera wojny z Niemcami

Jeśliście mnie zbudzili, wydarli spod cegły
I z tych krużganków patrzeć przed siebie kazali,
Rozsuńcie jeszcze ściany, chcę bardziej rozległy
Ogarniać z baszty widok; za mury i dalej
Z brzegów stromych spozierać; za wiślane łęgi,
Za lasy i piaszczyska, w równinę szeroką,
Lecieć tędy jak ongi strażujące oko
Leciało z górnych blanków i po widnokręgi
Opasać, co jest moje...

Wiało stąd Mazowszem,
Szumiały tłuste pszczoły i olszyste drzewa,
Na polanach trawiastych wiatr trząsł głuchym owsem,
Pieniły się stokłosy i szorstka kostrzewa,
A zimą między sosny, w ośnieżoną zieleń
Wchodził, cicho stąpając, czarodziejski jeleń
I z rogów złotych ogniem wigilijnym świecił.

Pamiętam tę urodę
. Cicho biegły rzeki,
Dziś jeszcze senna fala na tym brzegu pluszcze;
Lecz w korzeniach drżał pomruk, szedł gowor daleki,
Piorun w dęby uderzał, paliły się puszcze:
Łuny stały na czatach
. Wiatr pożary niecił.
Poszedł wtedy rozcinać mieczem wiek po wieku,
Kto spać w tym kraju kładł się z otwartą powieką:
Chrobry mierzył Południe, Północ - Krzywousty,
Na podzwonne, na smutny pogrzeb Jagiellonów
Batory z dział bić kazał do cerkiewnych dzwonów -

A naród gnał już, jęczał saniami w zapusty
I na równinie tłumnym zakręcał kuligiem,
Konie rwały po śniegu ognistym wyścigiem,
Smoła w pędzie płonęła i z biczów trzaskali!
Aż wiatr pogasił światła, na głowni siadł pustej
I wszystkie drogi przysuł zawieją.
Co dalej?

Rozsuńcie jeszcze ściany. Patrzeć mi kazali.

I oczy wytężałem czerwone. Lecz bladły.
I przepatrzeć tę ciemność pragnąłem. Daremnie!
Zerwały się kamienie nad sercem, upadły,
Gruz pękał na fortecy i sypał się we mnie,
Trzeszczały krokwie stare, rozpełzło się próchno,
Słyszałem, jak most runął, strzelnice jak głuchną,
Jak miecz rycerze łamią, odchodzą bezsłowni.
...Puchacz usiadł na dachu i błyskał z czatowni.

Lepiej było zejść niżej, skryć się, zapaść na dnie,
Ruiny zgruchotane roztrącić bezładnie,
Zakopać się w piwnicach, w duchocie, pod ziemią,
Mchem się powlec i żywcem zamurować w mury:
Baszty w ścianach zastygły kominem do góry,
Na spodzie puste fosy, długie trumny, drzemią.

Tu w dole nic nie słychać: czasem tupot nagły
Po ulicach przeleci, odbije się głucho,
To pewnie lud powstaje, ma nóż za pazuchą
I dźga nim zdrajców. Słyszysz? - tłumy ich dopadły
I Kossakowskich w nocy łbem po bruku wloką.
To stąpa zemsta.
- Słyszę, oddycham głęboko.

Aż odszedł król ostatni.
Nad kopcem mych gruzów
Sępy leciały krzycząc, że miasto wyjedzą
I ciągnęły za wojskiem cesarza Francuzów,
l ziemie stratowane obsiadały miedzą
Szpalerami szkieletów, ptaki trupożerce,
Jadły mózg z ciepłych czaszek, gryzły martwe serce.

A jednak ktoś mnie budził. Ktoś tu biegł pod wieczór
W mundurze Nowym Światem; w noc po Starym Mieście
Lud ciągnął pod Arsenał. Ktoś mię wtedy przeczuł,
Dosłyszał w grudach ziemię po cichym szeleście,
Jak sypie się ocknięta i w głąb się obsuwa,
Sto razy pognębiona, kopytem rozbita,
Pije krew rozlewaną i na grobach czuwa.

Okrutna rosa schnie już i nowa krew świta.

Szopen jechał na koncert, a Julo do Sally
Na podróżnym tłumoku pisał pożegnanie:
\"Ojczyzno miła, żegnaj!\" - i długo płakali,
Gdy w kwietniu krzykiem wiosny wybuchły łganie
I gdy w liściach wrześniowych, na wiorstach szesnastu,
Paskiewicz tłumem zaległ, wybił oczy miastu
I kraj cały w ślepocie pogrążył, poszarpał,
Kibitkami rozdzwonił, wywieszał na szkarpach.

Nie płaczcie, matki-wdowy, teraz ani później,
Ile razy was listem przestraszą podróżni,
Ile razy nadzieję straconą przywiozą,
Z Lipska książki tajemne i pisma z Paryża:
Jeszcze tej ziemi cierpieć, otrząsać się grozą
W kościele Karmelitów i klękać u krzyża.
Poecie to wyśpiewać, niech kocha i bluźni.

Bo czy ją świat usłyszy? Wciąż natęża słuchów,
Przez sen krzyknęła znowu: ze strzelby łatanej,
Na podmokłych ostępach, z podlaskich wydmuchów
W kozacki pułk celuje, do papachy ruskiej,
Postrzały leczy błotem, pajęczyną rany,
I krzyczy do Europy chłopstwo księdza Brzóski.

Aż krzyk się zmienił w szepty, a szept - w zamyślenie,
Zamysły - w gniew palący i poszły kurendą
Wokół, po całym kraju i krążyć tak będą,
Spowiadać się z sekretów, wywoływać cienie,
Krzyże w lasach listowiem owijać tajemnie,
Serce szczepić do buntu, ćwiczyć do ostatka,
W każdy wieczór wspominać będzie każda matka:
Podjudzaj dumę, ziemio - już nienadaremnie!

Bo wyjdzie z twoich czadów, od guseł odwyknie,
W zecerni się zaczai, w robotniczych czcionkach,
Rozda broń, zwoła wojsko i potem, gdy krzyknie
I mundury posieje na krakowskich łąkach,
A żołnierzom iść każe wszystkiemu na przekór,
Nie cofaj się bezwolna, nie ujdziesz tym rękom,
Tej sile, którą wezwał i mieczom, co przekuł!
Nie odda cię za piękność królewskim Łazienkom
Ani chłopom za biedę, ani panom za nic,
Zwalone ściany dźwignie, słup wbije u granic,
Opornych będzie karał, a odór piwniczny
Powiewem swego płaszcza rozpędzi daleko
I powietrze wolności przywoła tragicznej,
By z otwartą umierać i żyć tu powieką.

Podniósł nas. Czuję w głębi ruch mojego muru,
Dźwignięte ściany rosną, piwnice otwarto,
Kto woła mnie, bym wstawał i bym piął się górą,
Zaciskał pas kamienny i świecił tu watą.
Czuję, jak gruz się kruszy, odpada spod cegły.
Widzę miasto i wolność.
Patrzcie ze mną dalej,
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Rozsuńcie jeszcze ściany. Chcę bardziej rozległy
Ogarniać z baszty widok.
Tak mi tu kazali.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Pisałem to rok temu.
Dziś, gdy szukam rymu,
Co przyszłość miał tym murom wywróżyć obronnym,
Nie mogę słowa znaleźć, czuję zapach dymu,
Gruz pod stopą i w dźwięku się gubię podzwonnym,
Ach, jak innym niż echo w tych wierszach użyte,
Echo dział, armat króla, Batorowej sławy -
Dziś, gdy piórem dotykam się ruin Warszawy,
Nie przyszłość jej mam w oczach, lecz grobową płytę.

Ten poemat miał rozwiać mrok na horyzoncie,
By z barbakanu Prusy było widać nasze,
Jak patrol na północnym posuwać się froncie,
Brać ziemie aż do morza i ustawiać straże,
Potem na Wschód miał krzyknąć, bo Rzeczpospolita
Przecieka tam przez palce, jak woda ze sita,
Na Wschód, za śliską przełęcz, gdzie siadłszy okrakiem
Jedziesz w przepaść z Maryją i święconym znakiem,
A w stepach grają
czajki, wiatr bodiaki pędzi,
Dziki wiatr na Jagiełłów bezludnej krawędzi.

Nie dla pustej to wszystko miał mówić przechwały
Ani by naród w pysze doskonalić próżnej,
Lecz aby stanął lud mój podobny do skały
I nie wlókł się po wiekach w niewoli podróżnej,
Kaleka przetrącony, co wyciąga ręce
Do możnych tego świata jak po kęs jałmużny,
Po wolność utraconą! Nie, już nigdy więcej!
Słowa te miały rosnąć jak mur odnowiony,
Obronny i zdobywczy, widny z każdej strony,
A barbakan miał bramy otworzyć forteczne,
Bramy na świat - i wolne już po wieki wieczne
Dać Polsce wrota Rzymu.

Tak myślałem i śniłem...
Dziś gdy szukam rymu,
By pod szerokim łukiem tej wolnej przenośni
Ustawić posąg kraju, jak mu wola boża
Łacinę polską wargą kazała najgłośniej
W Północ ze Śródziemnego rozpowszechniać Morza;
Gdy myślę, by z marmurów ponad muskuł mocy
Wydobyć lot anielski i wzbić go wysoko
Kręgiem, który nad Polską wpisali prorocy
I taki kościół u nas zbudować opoką,
Niezmożoną przez piekło...
Dziś gdy szukam rymu
I gdy patrzę przed siebie, dokoła lub górą,
Zewsząd groza pod chwiejne stacza mi się pióro,
Naród, zamiast na szczycie, znowu widzę na dnie,
Kurz wojny gryzie w oczy, opada bezwładnie
Na stargane chorągwie, na bezczestne czoła -
Dziś gdy patrzę przed siebie i szukam dokoła,
Jakim zniszczenie nasze przyrównywać dziełom,
Z Rzymu po całej Polsce widzę Colosseum.

Ach, bo pognali znowu saniami w zapusty
I po równinie tłumnym jechali kuligiem,
Konie rwały po śniegu ognistym wyścigiem,
Smoła w pędzie płonęła i biczem trzaskali...
Z wielkości samotniczej dźwięk pozostał pusty
I groby wśród jałowców.
Co dalej, co dalej?!

Jedno nam ocalało przestrogą okrutną,
że wolność jest w tym kraju więcej niż tragiczna,
że bić się o nią trzeba jak żołnierz o Kutno,
Gdzie krwią spłynęła każda wierzba okoliczna,
Jak o Lwów, jak o Modlin; jak o każde miasto
Nad naszą się dywizją biła jedenastą
Pallas-Atene, bóstwo męstwa i rozumu...

Bo bił się żołnierz chrobry, padał chłop przy chłopie,
(Śród nas dziś o tym głucho i milczą w Europie),
Z bagnetem szedł po nocy, gdy spało żelastwo
I gdy czołgi czekały, aż zrobi się jasno,
Bagnetem szuka serca w niemieckim mundurze,
W lasach płoszył je szturmem, kłuł przez serce w ziemię
I tak ją krwią polewał piechur po piechurze,
Baterie tak wołały, tak dzwoniło strzemię,
Wiedzione przez boginię męstwa i rozumu...

Gdy zgaśnie czas wojenny, gdy ziemia odkwitnie,
Tłuste pszczoły gdy wzlecą z lipowego szumu,
A w polach malowanych srebrnie i błękitnie
Znowu śród sianokosów polska wieś spokojna,
Jak buko liczny siądzie na Mazowszu motyl -
Uwierzcie, czas ten będzie tak groźny jak wojna,
Lwy niech się wtedy lęgną u morskich Termopil,
Lwy w jamach Westerplatte! Z warszawskich katakumb
I z tych ścian pełnych dzisiaj bilijnego płaczu
Drabinę niebotyczną wyprowadzi Jakub
I najtrudniejsze gwiazdy nam przyszłość wyznaczą,
A naród, cały naród, jak sięgnąć daleko
Dzień i noc patrzeć musi otwartą powieką
W źrenicę przeznaczenia, w Rzym na Wielkiej Wiśle.

Muzo dziejów! Myślałem tak i dziś tak myślę.
A zapytacie, z czego wziąć siłę i wznosić
Po nie wiadomo który raz poczęte dzieło,
Czy śmierci nie za mało, katakumb nie dosyć,
Gdy tyle ognia zgasło, tyle krwi spłynęło,
Z czego ludzi budować, gdy okrutne cięcie
Po twarzy i po dziejach przeszło znów jak skaza,
Powiadam wam - jest jedno na wszystko zaklęcie
I jedna nieprzebyta jest przed nami kolej,
Czy to kogo upaja, czy to kogo boli:
Z żelaza muszą powstać Polacy, z żelaza.

Kask nad czołem geniuszu i włócznia przy boku -
Taki posąg narodu powstanie, Pallado,
Nad miastami w ruinach i nad losem w mroku,
Nad nie uśpioną nigdy w tym kraju zagładą.

Miecze błysną i sława, nasz arsenał dumny,
Plac opromienia, zamek, katedralne ściany,
Króla, co w przeszłość patrzy z wyniosłej kolumny
I lud, co znaku czeka na murach zebrany.
I wtedy niech się Boży sąd nad nami stanie
I wyrok z gwiazd niech spada zaświatowym szumem:
Wyjdźcie wiekom naprzeciw przez most w barbakanie
Świecić włócznią i czołem, męstwem i rozumem.
więcej

Wierzyński Kazimierz * * * [Budzę się w no...

Budzę się w nocy, chłodny od lęku,
Płynę wysoko w balonie,
Widzę me życie w dole rozwiane
I rozwleczone jak puste ścierniska.

Widzę wyraźnie w nocy, w ciemności,
Pociąg zajeżdża dymiący,
Stacja się świeci, a na peronie
Chodzi mój ojciec i moja matka
Umarli.

Widzę w ciemności mieszkania warszawskie,
Mieszkania paryskie i miłość,
Wszystko jest drobne, białe, skostniałe,
Podobne do ziarnek ryżu.

Płynę balonem nad okolicą
Tak dobrze znaną,
Nad własnym śladem.
Liczę to wszystko, co przeminęło
I jeszcze przemija,
Aby obumrzeć.

Płynę balonem nad samym sobą
I widzę ciemność moją jak w świetle.
Pociąg się dymi na stacji.
Chłodny od lęku, zbudzony w nocy,
Przeliczam wszystko nieprzeliczone,
Ćwiczę się w śmierci.
więcej

Wierzyński Kazimierz Castroggiovanni

Tym wielkim słupem jak szpilą olbrzymią
Wbita jest wyspa do dna morskich głębi,
Wieże wysoko pod niebem się dymią
Rozwiewanymi stadami gołębi.

Świat z tej wyżyny wziąć można na ręce
I wyciąć z morza malutki jak skrawek,
Pociągi w dole na szynach się kręcą
Podobne łuskom błyszczących pijawek.

I tylko nocą, gdy wiatry z daleka
Zlecą się dzikie, gdy nagle tu spadną,
W panice księżyc po niebie ucieka
I chmury gonią gromadą bezładną.

To w baszcie skalnej jak więzień spętany
Czas się podnosi i mgnieniem skrzydlatym
Budzi się z wieków - i krzyczy nad światem.
To rozmawiają ze sobą wulkany.
...Deszcz bębni drobnym na oknach staccatem.
więcej
Jak prawie wszystkie strony internetowe również i nasza korzysta z plików cookie. Zapoznaj się z regulaminem, aby dowiedzieć się więcej. Akceptuję